Przejdź do głównej zawartości

pierwszy

Kiedy człowiek cierpi na bezsenność, ma bardzo dużo czasu do odkrywania siebie. Poznawania na nowo swoich możliwości, bo wolność, moi drodzy, zaczyna się tam gdzie kończy się strach. A strach kończy się po siedemdziesięciu dwóch, intensywnie przeżytych godzinach. Podkreślam PRZEŻYTYCH, a nie jak dotychczas przetrwanych.
Odkryłem że mam wiele zainteresowań. Nagle polubiłem smooth jazz, nauczyłem się pluć na odległość i odkryłem kontrole orgazmu. Nie oszukujmy się, jestem tylko mężczyzną, a to jedyna z potrzeb która nigdy nie zanika...
Człowiek bowiem jest zwierzęciem, instynkty zastępują chęci, pojawia się działanie schematyczne na podstawie którego można określić swoje granice.
Osobiście odradzam wam, podejmowanie się jakichkolwiek prób biegnięcia w maratonie, wchodzenia na K2 czy też uczestnictwa w Igrzyskach Olimpijskich. (Większe  szanse na przeżycie mielibyście w Igrzyskach śmierci - patrz - instynkt^)
Kiedy człowiek nie śpi 24 godziny, nie robi sobie z tego wielkiego problemu, doba bez snu, przecież co to za problem dla tak wytrzymałego organizmu jakim jest młody człowiek?
Jeden, dwa, ewentualnie 7 kubków kawy i stajemy się jak ten młody bóg - Jurni, gotowi do działania, z szumem w głowie, roztrzęsionymi dłońmi i lekko opóźnioną reakcją. Nie polecam wam pracować przy maszynach, żyjąc na samych substancjach wspomagających. A, substancje? Owszem, mówię również o pobudzaczach niedostępnych na sklepowych półkach, osiedlowego warzywniaka, prowadzonego przez otyłą starszą kobietę, której znajomość języka polskiego zatrzymała się zaraz przed granicą jej wsi, z której przyjechała do WIELKIEGO MIASTA "za chlebem".
- Co podać? - spytała zaciągając, bez okazywania jakiegokolwiek szacunku. Widzieliśmy się pierwszy raz w życiu, wolałbym gdyby zapytała " W czym mogę pomóc? " albo " Co dla pana?". Jej kultura zostawiała do wiele do życzenia, zupełnie jak jej warzywniak.
- Dwie cytryny i puszkę kukurydzy. - odpowiedziałem niezbyt przyjemnie, jednakże jakby bez emocji, sunąc wzrokiem po brązowej ladzie, mającej imitować brązowy marmur.
Zlustrowała mnie spojrzeniem w stylu "mam super przyjemność z obsługiwania ciebie" a ja mimowolnie ręką przesunąłem po brodzie, opierając ją później na blacie. Chyba powinienem się ogolić.
Czułem jak czas powoli spowalniał, ziemia zaczynała powoli osuwać mi się spod nóg, a widok wirował niczym w obrazach Van Gogha.
Położyłem na blacie dziesięciozłotowy banknot i zabierając reklamówkę, opuściłem sklep lekko chwiejnym krokiem.
To cholerne słońce, przysięgam, musiało mieć do mnie jakiś problem. Może o to ze tak rzadko patrzę mu w oczy, a właściwie jej bo dałbym sobie rękę uciąć że jeżeli słońce byłoby organizmem to na pewno kobietą. Albo strasznym chamem, szukającym atencji wśród roślin. Bo kobiety, proszę państwa błyszczą, dla innych za bardzo, a dla drugich, nawet najmniejszy ich błysk jest nadzieją na lepszy dzień. Jednych wkurwia, drugim dogadza. Gust jest wiele, ja osobiście nienawidziłem tej suki. Zawsze psuła najlepszą zabawę, bo moi znajomi, studenci, widząc jakiekolwiek oznaki że ta piękność się obudziła, pakowali manatki i uciekali w cień - spać, odpoczywać, pić kawę.
Kawa. Miałem kupić kawę.
Kiedy człowiek nie śpi 72 godziny, nie zastanawia się ile kubków kawy wypił. Czy musi wyskrobać fundusze ze skarpety na kolejną torbę zmielonej już kawy. Wiem że smakuje jak lura, a nie oszukujmy się. Jestem zbyt leniwy i chaotyczny by co rano budzić się żeby wydoić ziarna kawy.
Współczułem zawsze weganom. Co rano ten sam schemat. Wstać, wylec się spod ekokołdry, wsunąć stopy w swoje sto procent wegan kapcie, przejść po organicznej macie prosto do kuchni pełnej ziół i warzyw po to by wraz z pierwszym promieniem Suki Słońce, doić migdały, czy tam soje czy inne ziarna Matki Ziemi, by móc zababrać sobie potem mlekiem kawę, czy tam nastroić śniadanie.
Przekląłem pod nosem i postanowiłem że od dziś rzucam kawę. Na fajki też nie było mnie przecież stać więc fajki też rzucam. A co mi tam! Może mięso też rzucę. O! Dla rozmachu rzucę dziewczynę, studia i wyjadę do Peru, czesać alpaki i pluć z nimi w dal, bo przecież już umiem. Mógłbym tam wcinać ten cały Peruwiański szajs, który tam smakowałby jak w raju. O, może na śniadania jadłbym pachamance, codziennie. Siadałbym w swoim palto, na środku pola, gapiłbym się na widoki i wcinał zawijaki z mięchem i kukurydzą. A no tak, miałem rzucić też mięso. Chyba zgłodniałem.
Kiedy człowiek nie śpi 72 godziny, nie jest pewien czy jadł minute temu, czy godzinę. Nie czuje głodu, nie czuje potrzeb. Katharsis.
Mijam piekarnie, która kusi zapachem chrupiącego pieczywa, zaciągam się nagrzanym od słońca i piekarnika powietrzem które delikatnie wsiąka w receptory. Przecież to przyjemność, a nie potrzeba.
Siedemdziesiąt dwie godziny w których mógłbym zawrzeć historie i zamknąć ją na dobre, zostawiając za sobą tylko zapaloną zapałkę podpalającą most, z ludźmi na nim. Jednym z tych ludzi, byłbym ja.
Ale nie potrafię.
Kiedy człowiek cierpi na bezsenność, ma bardzo dużo czasu do odkrywania siebie. Poznawania na nowo swoich możliwości, bo wolność, moi drodzy, zaczyna się tam gdzie kończy się strach. A strach kończy się po siedemdziesięciu dwóch, intensywnie przeżytych godzinach. Podkreślam PRZEŻYTYCH, a nie jak dotychczas przetrwanych.
Odkryłem że mam wiele zainteresowań. Nagle polubiłem smooth jazz, nauczyłem się pluć na odległość i odkryłem kontrole orgazmu. Nie oszukujmy się, jestem tylko mężczyzną, a to jedyna z potrzeb która nigdy nie zanika. Człowiek bowiem jest zwierzęciem, instynkty zastępują chęci, pojawia się działanie schematyczne na podstawie którego można określić swoje granice.
Osobiście odradzam wam, podejmowanie się jakichkolwiek prób biegnięcia w maratonie, wchodzenia na K2 czy też uczestnictwa w Igrzyskach Olimpijskich. (Większe  szanse na przeżycie mielibyście w Igrzyskach śmierci - patrz - instynkt^)
Idę dalej. Jeszcze kilka kroków i będę na schodach. Te drzwi. Dobrze że były czerwone bo w życiu nie zapamiętałbym gdzie mieszkam. Zamyśliłem się. Znowu stoje? Czy to już? Schody. Jeden drugi trzeci i już sięgam po klucze do drzwi, a nagle słyszę.
- Cześć. - ciche, i gdybym jej nie znał, nie wiedziałbym co mówi. Marszczę brwi w lekkim zdezorientowaniu i odwracam się. Tak, zgadza się to ona.
- Masz klucze? - znowu wymamrotała pod nosem.
- Co? - pytam odruchowo, przecież słyszę co mówi. Zamykam oczy na sekundę próbując rozgonić myśli. - Tak, jakby... Mieszkam sam?
Nie odpowiedziała, kiwnęła tylko głową, na znak że rozumie.
Wchodzi ze mną. Idzie ze mną. Nie słyszę jej kroków, swoich też nie. Nic nie słyszę, swoje serce słyszę. Oby. A co jeśli... Nie, dalej bije. Na pewno. Idź dalej.
Zmrużam oczy, jest jasno w środku,  ściany rażą bielą kości słoniowej. O, światło. Wiedziała gdzie jest włącznik czy sam je oświeciłem? Nie wiem, nic już nie wiem. Wiem że mieszkam na poddaszu. Otwórz drzwi, zapraszam. Czekaj tylko przesunę to pranie i wezmę pudełko po pizzy. Wchodzi do środka i sama to robi. Czyta w myślach? Przestań. znów zamykam oczy na sekundę, stojąc jak debil przy wejściu.
- Jak? - spojrzałem na nią najbardziej dociekliwym wzrokiem, starając się w jakikolwiek sposób ułożyć scenariusz tego co właśnie ma miejsce. Siedzi u mnie na kanapie, patrzy się bezczelnie tymi brązowymi oczami. Może mnie zabije? Powoli moja mina zmienia się w grymas nagłego olśnienia.
- Nie. - mówi krótko, znowu prawie szeptem. - Strzelaj dalej.
Nic nie przychodzi do głowy. Kieruje wzrok na lustro, postanawiam szukać odpowiedzi w swojej twarzy.

Komentarze